Przejście graniczne Ibrahim Khalil

Przejście graniczne Ibrahim Khalil - Piąty Kierunek

Przejście graniczne Ibrahim Khalil pomiędzy Turcją a Irakiem. Jedna z granic rozdzielających Kurdystan na części. Z jednej i drugiej strony Kurdowie z tą różnicą, że od strony północnej granicy strzegą siły Tureckie. A to różnica zasadnicza.

Przejście graniczne Ibrahim Khalil – strona turecka

Pędzimy z miasta Cizre autostopem wzdłuż Tygrysu. Na prawym brzegu Syria. Na lewym… dla mnie Kurdystan. Oba brzegi czernią się spalenizną. Wypalone brzegi to standardowe działania strony tureckiej. Tak łatwiej obserwować granicę z Syrią. Nikt w krzakach się nie ukryje – opowiada właściciel na stacji benzynowej, skąd ruszamy w stronę Iraku.

Sznureczek TIR-ów widać z daleka. Osobówek niewiele. Nawet nie zdążyliśmy wyciągnąć plecaków, a już dopada nas mafia przewoźników. Granicy nie można przejść pieszo, stąd też rynek tzw. taksówek granicznych. Cena za człowieka (turystę) na drugą stronę to 30 USD. Po chwili negocjacji cena spada do 20 USD, w sumie 60 dolarów za naszą trójkę. Trochę drogo, ale zawsze z tego wariantu przekroczenia granicy można skorzystać, jak wyczerpią się inne możliwości. Cóż, mamy czas, więc próbuję pytać po kolei kierowców czy nas wezmą. Ci z luksusowych SUV-ów, nawet nie nawiązują kontaktu wzrokowego. Prowadzący „tańsze” pojazdy, albo nie mają miejsca, albo też chcą „opłatę przewozową”. Szybko bez sukcesu dochodzę do ostatniego auta w kolejce i zaczynam podobną procedurę wśród kierowców ciężarówek. Problem w tym, że jest nas troje plus dwa duże plecaki. Jeszcze para by przeszła, choć też nie wiadomo.

Zapytajcie policję turecką, czy nie będą robić problemów? – mówi z wysokości swojej kabiny sympatyczny Kurd. Nawet nie ma po co iść, bo wiemy, że robi. Z tej kolejki wracamy na tarczy. Od jednego z kierowców, trochę jak na otarcie łez, Beata dostaje  papierowy ręcznik. Tak się skoncentrowałem na znalezieniu transportu przez granicę, że przez chwilę zapomniałem o upale. Prognozowana temperatura w cieniu to skromne 42 stopnie Celsjusza. Tutaj na odkrytym terenie i przy pracujących silnikach samochodów jest „ciut cieplej”. Na termometrze w plecaku Mikołaja 50-stopniowa skala okazuje się być niewystarczająca.

Przygraniczna rzeczywistość

Betonowe zapory oddzielające kolejkę osobówek od ciężarówek wypełniają plastikowe śmieci, które zagania tutaj wiatr. Podjeżdża nowe auto i wysiada starszy mężczyzna ze styropianową torbą owiniętą folią. To sprzedawca lodów z nadzieją zarobku. W połowie kolejki rozstawił się przenośny bar, który serwuje döner kebap. Wydaje mi się, że mięso piecze się bardziej naturalnie od słońca, niż od pionowego rożna. Do słońca grzeją się także plastikowe zgrzewki wody i gazowanych, słodkich napojów. Można tu kupić mrożoną wodę, kranówkę. Wszystko na własne ryzyko, którego nie podejmujemy.

Nagle podchodzi do mnie wychudzona kobieta z dzieckiem przy piersi. Wyciąga szarą dłoń i mówi coś po kurdyjsku. Nie daję jałmużny, choć właściwie w czym się od niej różnię, kiedy chodzę od kierowcy do kierowcy z prośbą przewiezienia przez granicę? Tuż za nią pojawia się chłopiec z reklamówką w ręce. Kilkakrotnie pokazuje na moje obuwie. Chce je wyczyścić. Na nogach mam sandały…

Mikołaj mówi – Tato, nie, proszę!. W szklących się oczach mojego dziecka widzę odbicie małego pucybuta. Beata głośno rozmyśla. – To nie żebranie, to praca. Ale czy dziecko w tym wieku powinno pracować? Nie! Takie dzieci powinny się bawić.

Też tak uważam, dlatego nie daję sandałów do wyczyszczenia. Mój syn krótko podsumowuje sytuację:

Dziękuję…

Money, money, money…

Ustawiamy się strategicznie przy wjeździe na pas dla aut osobowych. Pytam po kolei o podwózkę. Po chwili jeden z kierowców proponuje usługę za 50 dolarów – dziękuję. Czekamy. Drugi akceptuje 70 lir tureckich (12 USD) – świetnie. Pakujemy plecaki, oddajemy paszporty kierowcy, by umieścić nasze nazwiska na listę przewozową, ale pojawia się „naganiacz mafii taksówkarskiej”. Chwilę rozmawiają i cena rośnie do 300 lir (ponad 50 USD). Kiedy proszę kulturalnie o zwrot pieniędzy, Beata odzyskuje paszporty i bez ceregieli zabiera banknoty z ręki kierowcy.

Wracamy do punktu wyjścia. Może do trzech razy sztuka? Kolejny kierowca bierze 70TL. I znów pojawia się młody naganiacz. Z papierosem w ustach i po zawadiacku proponuje o wiele wyższą cenę od wynegocjowanej. Na szczęście nasz szofer nie należy to jego grupy i ostatecznie trafiamy na listę pasażerów vana. Dla pewności upewniam się, że jedziemy przez granicę do Zachu. Odpowiedź twierdząca uspokaja.

Kontrola i duty free

Pewni transportu na drugą stronę oglądamy jak powoli zbliżamy się do punktu kontroli granicznej. Od czasu do czasu rusza także kawalkada ciężarówek. Kiedy odpalają ryczące silniki otacza nas gorąca, smolista mgiełka. Okadzeni kilkakrotnie docieramy do okienka kontroli granicznej. Przechodzimy pierwszą kontrolę, wsiadamy do auta. Potem ta operacja powtarza się jeszcze dwa razy i jesteśmy w strefie duty free. Kierowca wraz z kolegą wybiegają na szybkie zakupy.

Wybiegam za nimi. Beata coś za mną krzyczy. Ja mam misję kupienia czegoś do picia. W markecie kupuję wodę i lemoniadę z szklanych butelkach. Kiedy wracam, zastaję Beatę nadąsaną. Mikołaj łapczywie wypija lemoniadę.

Co się stało? – pytam.

Jak poszedłeś, młody chłopak z naszego vana coś kombinował przy naszych plecakach. – relacjonuje zdenerwowana Beata. – Po za tym, miałeś mnie nie zostawiać.

Przepraszam. Chciałem kupić picie, bo nie wiadomo, jak długo będziemy jeszcze na granicy. I co chłopaczek majstrował?

Nie wiem, otworzył bagażnik i robił zdjęcia paszportów i plecaków. Jak wyszliśmy z Mikołajem był zmieszany i zamknął klapę.

Przez tylne siedzenia oglądam plecaki. Wyglądają na nie ruszone, ale sprawdzam, czy nie ma w nich „cudzych rzeczy”. Chwilę potem kurdyjscy przewoźnicy wracają radośnie z reklamówkami, z których dobiega kryształowy odgłos stukających się butelek. Opuszczamy Turcję.

Przejście graniczne Ibrahim Khalil – strona kurdyjska

Wjeżdżamy na stanowisko dla taksówek. Wysiadamy i nieco z zaskoczenia podchodzi do mnie ubrany po cywilnemu, ale z bronią na pasie mężczyzna. Wyciąga przyjaźnie dłoń do powitania i mówi: – Welcome to Kurdistan.

Z upalnego placu wchodzimy do budynku, gdzie tłum ludzi próbuje się dostać do trzech okienek. Nasi opiekunowie pokazują, że mamy stać blisko nich w pierwszej kolejce. W hali panuje tumult. Gęste powietrze mieszają wiatraki, a potężne klimatyzatory próbują obniżyć rozgrzane powietrze do temperatury 36 stopni. Po kilkunastu minutach odstajemy plastikowe karty z numerami i godłem Kurdystanu. Teraz musimy stanąć do innych okienek. Beata z Mikołajem wśród kobiet i dzieci. Ja do kolejki dla mężczyzn.

W obu, od czasu do czasu, wybucha kłótnia, którą gaszą sami kolejkowicze. Ochrona pojawia się rzadko i raczej nie reaguje. Mężczyźni stoją w miarę spokojnie, choć zdarza się, że ktoś próbuje wejść bokiem. Większe zamieszanie jest po stronie żeńskiej. Obserwuję jak Beata z Mikołajem godnie próbują utrzymać się w kolejce, choć nie jest im łatwo. Z każdej strony bezpardonowo napiera „czarna fala” w czadorach i hidżabach.

Dawno nie widziałam tak agresywnych kobiet. – relacjonuje Beata. – Ta pcha się tyłkiem, ta gniecie piersiami, inna bije dziecko pękiem paszportów po twarzy. Ta coś krzyczy mi nad uchem, tamta sapie. A o smrodzie, to lepiej nie będę mówić.

Podsumowując, ostatecznie docieramy do swoich okienek. Zostawiamy odciski kciuków, zdjęcia twarzy i w zamian otrzymujemy pieczątki z 30-dniową wizą.

Not gentleman

Wracamy do samochodu, gdzie odkrywamy pustą butelkę po wodzie. Trudno. Najważniejsze, że są nasze plecaki. Potem jeszcze chwilę stania przy wyjeździe. Kolejki by nie było, ale każdy tu się pcha i wzajemnie blokuje. Zamiast szybciej, jest wolniej. Po czterech godzinach spędzonych na przejściu granicznym Ibrahim Khalil jesteśmy w Iraku, a dokładnie to w Regionie Kurdystanu.

Tuż za szlabanem nasza „taksówka” zatrzymuje się i kierowca daje znać, że dojechaliśmy. Umawialiśmy się na podwózkę do Zakho, czyli 10 kilometrów dalej. Nie ma co się wykłócać. Komentuję tylko głośno: – Not gentleman. A w ciszy obiecuję sobie, że w drogę powrotną będziemy odbywać rejsowym autobusem. Nie wiem jeszcze tego, że takie rozwiązanie będzie kosztować 8 godzin stania na granicy. Na dodatek, będzie to autobus pełen przemytników. Ale to już temat na kolejną historię. Teraz łapiemy stopa, by ruszyć jeszcze dalej w naszym ulubionym kierunku – na wschód.

 

FacebooktwitterlinkedinmailFacebooktwitterlinkedinmail

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.