Karawany śmierci – Andrzej Brzeziecki, Małgorzata Nocuń – recenzja

Karawany śmierci - Piąty Kierunek - recenzja

Armenia – historyczne imperium, dziś „zubożałe państewko na Kaukazie Południowym”. Taki opis widnieje na tyle okładki. W obecnej Armenii czuję się trochę jak w drugim domu. Dlatego z wielkim zaciekawieniem wziąłem do ręki Karawany śmierci autorstwa Andrzeja Brzezieckiego oraz Małgorzaty Nocuń. Niestety, z każdą stroną mój entuzjazm do książki malał. Dlaczego?

Karawany śmierci – Andrzej Brzeziecki, Małgorzata Nocuń – recenzja

Książka składa się z pięciu części. I tu pierwsze rozczarowanie. Jedynie jedna, pierwsza z nich jest de facto poświęcona tematowi zawartym w tytule. Jeśli potraktować książkę jak produkt to intrygująca nazwa jest ważnym elementem strategii marketingowej. Jednak tytuł tej pozycji odwołuje się do bolesnego momentu ormiańskiej historii – ludobójstwa w Imperium Osmańskim w latach 1915-1917. Problem rzezi 1,5 miliona Ormian najpierw wyciszany przez władze ZSRR i do dziś nieuznawany za ludobójstwo przez władze współczesnej Turcji stał się jedynie wstępem do książki, a nie jej głównym tematem. Liczyłem, na zbiór reportaży na temat zapowiadany na okładce (w końcu autorzy kierują bardzo poważanym dwumiesięcznikiem Nowa Europa Wschodnia). Nota bene okładka: postsowieckie bloki na tle góry w mojej opinii nijak nie nawiązują do tytułu Karawany śmierci. Tyle o słabej korelacji tytułu z treścią.

W pozostałych częściach autorzy przybliżają wydarzenia i zawirowania polityki ormiańskiej, opowiadają o Górskim Karabachu i życiu w Erywaniu. Umiejętnie dobierają ciekawie historie ludzkich losów, które splatają z wydarzeniami ostatnich dekad zarówno z dziejów Armenii jak i w Górskiego Karabachu. Karawany śmierci to mozaika faktów, opowieści i skojarzeń. Od bohaterów dowiemy się o korupcji, nepotyzmie, niesprawiedliwości społecznej, zabójstwach zwykłych obywateli, megalomanii, nacjonalizmie. Owa mozaika jest pełna brudu i cieni niczym zakurzony różowy tuf, skała z której buduje się domy w Armenii. Czy nam się to podoba, czy nie, tak jest. I choć nie obawiam się tych cieni, to w tej mozaice zabrakło mi trochę światła. Karawany śmierci w tym względzie przypominają księgę Hioba ze szczególnym akcentem na cierpienie, niesprawiedliwość, osamotnienie. W książce nie odnalazłem zbyt wielu promieni dobra, którego doświadczam od lat podczas podróży po Armenii czy Górskim Karabachu.

Jak to bywa w reportażowej mozaice nie obyło się bez sprzeczności w tekście. Na stronie 144 autorzy piszą: „Stepanakert – (…) ledwie podniósł się z wojny i zastygł w letargu. (…) Kto może – wyjeżdża”. Natomiast na stronie 191 o Stepanakercie możemy przeczytać: „W stolicy nieuznawanego państwa rosną nowe domy, ludzie się budują, czyli wierzą w przyszłość. W sklepach można dostać właściwie wszystko.”. Bez podania daty wpisu (wydanie książki 2016) nieprawdzie są stwierdzania dotyczące Szuszi (strona 156): „W mieście prawie nie ma restauracji i kawiarenek, bo kto by w nich siedział? Są tylko sklepiki z piwem, coca-colą i arbuzami”. Jeszcze przed 2012 rokiem w Szuszi było kilka działających restauracji i sklepów spożywczych – choć praktycznie wszystkie produkty były przywożone z Armenii.

Niezależnie od kilku błędów, jakie znalazłem w treści, Karawany śmierci dla kaukazofilów są lekturą ważną. Nawet jeśli autorzy pokazują fragment Kaukazu Południowego w śmiertelnie ciemnych odcieniach.

Facebooktwittergoogle_plusmailFacebooktwittergoogle_plusmail

Dodaj komentarz